Janelle Monáe to artystka (w pełnym znaczeniu tego słowa), której nie da się łatwo zaszufladkować i każda próba zamknięcia jej twórczości w ścisłych ramach gatunkowych jest z góry skazana na porażkę. Konsekwentnie płynąca pod prąd głównego nurtu wokalistka rodem z Kansas na swoim drugim legalnym wydawnictwie "The Electric Lady" kontynuuje to, co zaczęła jeszcze na poprzedzającej debiut "The ArchAndroid" EPce "Metropolis: Suite I (The Chase)" – przenosi nas do rzeczywistości około roku 2719, aby ukazać dalsze losy swojego alter ego z dalekiej przyszłości – Cindi Mayweather.
Rzeczywistości, w której obywatele Metropolis tłamszeni są przez tajne stowarzyszenie The Great Divide, a nasza bohaterka-android ma za zadanie ich wyzwolić i poprowadzić zwycięską walkę o wolność przyszłych pokoleń… Futurystyczna otoczka, podróże w czasie i wizja świata w XXVIII stuleciu, będąca wytworem umysłu Janelle z pewnością robią wrażenie, ale to jedynie wstęp do jeszcze bardziej imponującej zawartości krążka.
Soul
Soul
Nie ma co, Pharrell Williams wie jak połamać schematy i skupić na sobie uwagę. I to nie tylko na niwie producenckiej. Teraz do numeru "Happy" promującego soundtrack do "Despicable Me 2" postanowił nakręcić... najdłuższe na świecie, 24-godzinne video! Teledysk, w którym ludzie przez całą dobę tańczą i bawią się do numeru, pokazując tytułowe szczęście, wsparty jest udziałem takich gości jak Odd Future, Magic Johnson czy Jamie Foxx.
Mająca na koncie ponad 40-letni staż, szereg prestiżowych nagród (w tym 6 statuetek Grammy), miejsce w Rock & Roll Hall Of Fame oraz ponad 90 milionów sprzedanych płyt legendarna już grupa rodem z Chicago ostatni raz zaserwowała fanom wypełniony nowym materiałem album aż 8 lat temu, w 2005 roku. Trzymające bardzo wysoki poziom "Illumination" przez długi czas nie schodziło z moich głośników, i jednocześnie udowadniało, że dowodzony przez Maurice'a White'a zespół odnalazł tajemniczy eliksir młodości...
"Now, Then & Forever" - 20. studyjny album w dorobku EW&F symbolizuje jednak niestety koniec pewnej epoki. Po raz pierwszy w historii w pracach nie brał bowiem aktywnego udziału wspomniany lider i założyciel grupy - Maurice White.
Jeśli myślicie, że koncertowo widzieliście już wszystko, jesteście w błędzie. Jeśli myślicie, że każdy występ na żywo musi zawierać nieodłączne hasło "Make some noise", jesteście w błędzie. Sobotnie show filadelfijskiego wokalisty Bilala to coś, co zdarza się, przy znalezieniu 4-listnej koniczyny, raz na kilka lat. Ja sam uczestniczyłem na przestrzeni lat w niezliczonej ilości koncertów, jednak czegoś takiego – czegoś takiego! - jeszcze nie widziałem.
Powiedzieć o Nicolay'u, że jest beatmakerem to dużo za mało. "Producent" pasuje bardziej, a najbardziej chyba po prostu "muzyk". To pochodzący z Holandii, piekielnie zdolny gość, który po ukończeniu pełnej muzycznej edukacji zaczął poszukiwać w swoich inspiracjach dróg dla wyrażania emocji. Ostatnio wywędrował do jazzu, ale wszystko na dobre zaczęło się od soulu, R&B i hip hopu. Jego wspólny numer z jednym z moich ulubieńców - Supastition, wygrał konkurs Okayplayera i znalazł się na oficjalnej składance "True Notes Vol. 1". To właśnie przez znakomite "The Williams" trafiłem na jego twórczość zanim jeszcze ukazało się pierwsze Foreign Exchange i zanim usłyszał o nim cały Świat za sprawą zasłużonej nominacji do Grammy.
W 2006 roku ukazał się jego album producencki zatytułowany "Here". Płyta, która nie odbiła się szerokim echem, ale dotarła do wielu smakoszy takiej muzyki na całym Świecie. Do dziś wydaje mi się kwintesencją stylu Holendra i najlepszym z dokonań w jego karierze.
Muzyczna szkoła Detroit ma głębokie korzenie. Dwa najgrubsze pędy sięgają z jednej strony klasyki soul, z drugiej techno i muzyki elektronicznej. Pokaźne już drzewo zasadzone przez Black Milka czerpało z obu tych źródeł, często jednocześnie, co wychodziło z dużą korzyścią dla jego twórczości. Zarazem skatalogowanie go jako dobrego kontynuatora tradycji swojego niesławnego dziś miasta byłoby nieuczciwe. Milk bez wątpienia wykreował coś samemu, a jego pomysły dalekie od sztampy sprawiły, że "Popular Demand" czy "Tronic" odbiły się szerokim echem i pozwoliły mu współpracować ze znakomitymi artystami, którzy docenili jego niekwestionowany talent. Talent do produkowania niesamowitych podkładów to jedno - Milk to również MC, potwierdza to zresztą na swoim nowym krążku "No Poison No Paradise".
"Popular Demand" było bardzo soulowe, pełne inspiracji Dillą. "Tronic" to nagromadzenie elektroniki, futurystyka i moc oryginalnej perkusji. "Album Of The Year" to dużo żywych instrumentów, chęć poszukiwania. A "No Poison No Paradise"? Sam autor przyznał, że nie miał wykreowanego konkretnego brzmienia, które chciał na nim osiągnąć. Po prostu pewnego dnia siadł nad swoimi bitami i zaczął pisać. Dlatego nowy krążek ma w sobie trochę z każdego z poprzednich. Ma jednak też coś co go wyróżnia. Rap.
Mieliśmy już oryginalną wersję "Wake Me Up", klip z akustycznego wykonania live, a teraz dostajemy oficjalny teledysk do akustycznej wersji hitowego już singla Aloe Blacca. Ciekawie przemyślany, zwaracający uwagę na problem imigrantów zza południowej granicy w USA obraz dobrze uzupełnia całość. Klasa.
Już jutro premiera drugiej części "Black Radio" – neo soulowego projektu jednego z najbardziej rozpoznawalnych obecnie muzyków jazzowych w Stanach Zjednoczonych. Zanim płyta ukaże się na półkach sklepowych, warto przypomnieć sobie co Robert Glasper i jego zespół mieli do zaoferowania na wydanym zaledwie rok temu, nagrodzonym Grammy za najlepszy album r&b ubiegłego roku krążku i wypuszczonej zaraz potem epce z remiksami.
Pochodzący z Filadelfii Bilal to postać z pewnością dobrze znana wszystkim miłośnikom soulu i neo-soulu ostatnich kilkunastu lat. Mający na koncie m.in. współpracę z Dr. Dre, Jay-Z, J Dillą, Commonem, Guru, Erykah Badu czy Beyoncé wokalista wydał na początku tego roku swój trzeci oficjalny solowy album "A Love Surreal".
Z tej okazji Bilal wybrał się w światową trasę promującą "A Love Surreal", a jednym z przystanków na jego koncertowej mapie jest Polska. Dysponujący charakterystycznym, wysokim wokalem, niezmiernie utalentowany artysta odwiedzi nasz kraj już 9 i 10 listopada i zaprezentuje się przed publiką w Warszawie i Katowicach. Szczegółowe informacje odnośnie obu koncertów w rozwinięciu.
Na muzykę Jose Jamesa natknąłem się przypadkiem jakoś na początku tego roku, i byłem mega pozytywnie zaskoczony tym, co usłyszałem. Informacja o drugiej wizycie w Polsce umiejętnie balansującego na granicy jazzu i soulu wokalisty nie umknęła na szczęście mojej uwadze, i wczoraj wieczorem stawiłem się w zgrabnie umiejscowionej między praskimi kamienicami Fabryce Trzciny.
Liczne doświadczenia z koncertów rapowych nauczyły mnie jednego – nie ma sensu przychodzić punktualnie, bo w klubie będzie i tak jeszcze pusto, a w końcu obsuwa to piąty element hip-hopu… Intuicja podpowiedziała mi jednak, żeby wczorajszy występ Jose Jamesa traktować inną miarką i zastosować się do wskazówek organizatorów. Start zapowiedziany był na godzinę 20:00 i już po ósmej sporo osób wypełniało klub. Wokalista rodem z Minneapolis nie kazał na siebie długo czekać i jakieś 20-kilka minut przed dziewiątą scenę zapełnił złożony z perkusji, gitary basowej, klawiszy i trąbki zespół, a z głośników dobiegły pierwsze dźwięki zwiastujące niezmiernie udany, pełen klasy występ.
Jeśli kiedykolwiek byliście na soulowo-jazzowym koncercie, z pewnością doskonale wiecie czym różnią się one od klasycznych koncertów hip-hopowych i że często są to widowiska zupełnie innego kalibru. Jeśli natomiast nie mieliście jeszcze okazji, to mam dla was świetną wiadomość - już we wtorek i środę odpowiednio we Wrocławiu i Warszawie wystąpi wspaniały wokalista rodem z Minneapolis - José James.
Umiejętnie łączący wpływy jazzu, soulu, neo-soulu, funku i hip-hopu artysta zaśpiewa dla polskiej publiczności we wtorek 22.10. we wrocławskim klubie Eter, a w środę pojawi się w warszawskiej Fabryce Trzciny. W rozwinięciu szczegółowe informacje odnośnie biletów, a także potężna dawka muzyki José Jamesa na zachętę.
This is a new year for love, love in the future, not the love I lost - deklaruje w intrze swojego czwartego solowego krążka John Legend, odcinając się grubą kreską od przeszłych doświadczeń miłosnych i otwierając zupełnie nowy rozdział w swoim życiu. Od czasu "Evolver" minęło pięć lat, artysta przekroczył kolejną symboliczną granicę wieku, zdążył się ustatkować oraz dołożył do kolekcji kolejne 4 nagrody Grammy.
Odnalazłszy spokój ducha i szczęście John Stephens postanowił zabrać fanów w podróż do przyszłości. Nie spodziewajcie się tu jednak efekciarstwa, futurystycznych wynalazków czy przerostu formy nad treścią - przyszłość w wydaniu wokalisty rodem ze Springfield w Ohio prezentuje się zgoła inaczej...
Właśnie ukazał się najnowszy teledysk do nadchodzącego wielkimi krokami nowego albumu Roberta Glaspera – "Black Radio 2". Video zostało nakręcone do pierwszego singla promującego to wydawnictwo, czyli "Calls" z gościnnym udziałem Jill Scott. Piękny klip do sprawdzenia już teraz, a premiera albumu w wersji normalnej oraz deluxe 29 października.
Drugi album Janelle Monáe "The Electric Lady" trafił do sklepów lekko ponad miesiąc temu, a teraz przyszła pora na trzeci teledysk promujący wydawnictwo. Tym razem cudna Janelle połączyła siły z jednym z najbardziej obiecujących wokalistów r&b młodego pokolenia, autorem "Kaleidoscope Dream" Miguelem. Klasa.
Tegoroczny powrót Justina Timberlake'a śmiało można nazwać powrotem króla. Po 7 latach ciszy zaatakował albumem, który będąc totalnie nie nastawionym na dzisiejsze trendy i medialne realia zdominował wszystkie listy sprzedaży i przebojów. Album, na którym większość numerów trwa powyżej 6-7 minut, a brzmienie nawiązuje do mieszanek gatunków, z których żaden nie zbliża się do tego, co w tym momencie jest na topie, czym pokazał, że jest tu od ustanawiania trendów a nie podążania za nimi. Wyszło świetnie, JT postanowił pójść więc za ciosem i pół roku później wypuścić drugą część, uzupełniającą "The 20/20 Experience". Czy słusznie?




































