Rok 2004. Dobrze pamiętam czasy, gdy jako ślepo zapatrzony w legendarne już MTVBase i zafascynowany odkrywanymi co dzień kolejnymi artystami młokos oglądałem debiutancki klip Johna Legenda „Used To Love U”. Latało to też wtedy w kółko. Podopieczny Kanye Westa wszedł do gry mocnym akcentem, ukazując nieprzeciętne możliwości wokalne oraz charyzmę i z miejsca zdobywając sympatię wielbicieli podsyconego starym soulem i hip-hopem r&b. Dziesięć lat później, a konkretnie wczoraj, miałem okazję zobaczyć owego Jaśka Legendę na żywo na warszawskim Torwarze.
Zero dłużących się supportów, podczas których ratować by się trzeba następną, uszczuplającą zasoby portfela wycieczką do baru, zero obsuwy (?!) – to coś, na widok czego bywalcy hip-hopowych koncertów szeroko otworzyliby oczy ze zdumienia. Koncert zgodnie z zapowiedziami ruszył punktualnie o ósmej, no może kilka minut po 20, ale toż to przecież nawet nie kwadrans akademicki. Co pokazał zaś sam Johnny?