"Nie jestem tu za wcześnie jak Spinache, mój czas jest, ej, możesz się spinać błaźnie - Gedziula a.k.a. dopiero teraz się zacznie" - te zawarte w intrze wersy świetnie ilustrują debiutancki album Gedza. Bowiem mimo że ja czekałem na niego już od dawna - a z wytężoną uwagą od czasu pierwszej edycji Młodych Wilków - to po pierwszym wrażeniu można odetchnąć. Gedziula szlifując długo debiut nie zamulił swojej chwili jak Papoose czy Ya Boy. Sytuacja wygląda diametralnie inaczej.
Małolacką przewózkę i bezczelność w amerykańskim stylu przytemperował a uzyskaną w ten sposób energię przekuł w to, że mamy tu już nie potencjał a ukształtowanego rapera z pomysłem na siebie. A może po prostu warto było też poczekać na dorastanie słuchacza? Gdy parę lat temu Gedz śledził najświeższe trendy za oceanem to trafiał do niszy a "standardowy polski słuchacz" hejtował z miejsca bo "komercja, techno, tylko sample" czy "pedalskie flow jak Lil Wayne i inne lamusy co zabijają klasyczny hip-hop". Dziś gdy cała scena zaczyna obracać się ku zaoceanicznym nowościom i stara się wyczuć, o co w nich chodzi i jak je ugryźć, Gedz może patrząc za siebie uśmiechnąć się szeroko niczym Baraka - bo etap ten ma dawno za sobą i teraz serce bije mu w naprawdę świeżym rytmie.
































