Danny Brown "Atrocity Exhibition" - recenzja

recenzja
kategorie: Hip-Hop/Rap, Recenzje
dodano: 2016-11-13 20:00 przez: Jędrzej Pawłowski (komentarze: 0)

W jednym z wywiadów udzielonych przed premierą swojej nowej płyty Danny Brown przyznał, że podczas jej tworzenia czerpał inspiracje z dorobku takich artystów, jak Joy Division, Bjork czy Talking Heads. Co mogło wyjść z mieszanki tak odległych od siebie muzycznych światów? Na pewno nic nudnego – zresztą pochodzący z Detroit raper nie raz udowadniał, że jest jedną z najbardziej ekscentrycznych, barwnych i trudnych do zaszufladkowania postaci na tle reszty rapowej sceny.

Już na poprzednich płytach Browna słychać było, że jego inspiracje wykraczają daleko poza hip-hopowe ramy, a w jego twórczości odnaleźć można tropy prowadzące zarówno do muzyki industrialnej i elektroniki, jak i odniesienia do bardziej rockowych klimatów. Nie dziwi zatem fakt, że „Atrocity Exhibition” wyszło nakładem londyńskiej oficyny wydawniczej Warp Records, która utożsamiania jest zdecydowanie bardziej z muzyką elektroniczną i awangardą aniżeli rapowymi klimatami. Wylewająca się z tej płyty różnorodność, wielowymiarowość i intensywność podkładów doskonale łączy się nie tylko z równie złożoną osobowością autora, ale także z jego dojrzałym i świadomym swoich atutów warsztatem wokalnym. Mieszanka tych wszystkich elementów sprawia, że nowy album Browna jest jedną z najlepszych i najoryginalniejszych hip-hopowych rzeczy, jakie słyszałem w ostatnich latach.

„Atrocity Exhibition” to swoisty portret psychologiczny będący logiczną kontynuacją tego, co mogliśmy usłyszeć na „XXX” oraz „Old”. Już otwierające płytę „Downward Spiral” stanowi pewien klucz do zrozumienia zawartej tu treści i pokazuje w jakim kierunku będzie ona zmierzać. Leniwa perkusja w połączeniu z powracającym acid-rockowym riffem tworzą tu podatny grunt pod wersy obracające się wokół tematyki uzależnień, samotności i pogłębiającego się szaleństwa: „I’m sweating like I’m in a rave / Been in this room for three days / Think I’m hearing voices / Paranoid and think I’m seeing ghost-es, oh shit”. Później jest jeszcze ciekawiej, a brzmieniowy, jaki i tekstowy pejzaż rozciąga się od narkotycznej euforii aż po depresję, paranoję i wynikające z nich stany lękowe tworząc fascynującą, ale też budzącą uczucie niepokoju całość.

Pieczę nad brudną, szorstką, lecz także niesamowicie eklektyczną i intensywną warstwą brzmieniową sprawuje brytyjski producent Paul White, który może być szerzej znany z wcześniejszej współpracy z Brownem oraz tegorocznej kolaboracji z Open Mike Eagle o tytule „Hella Personal Film Festival”. To właśnie m.in. jego świeże spojrzenie na hip-hopową stylistykę w parze z zamiłowaniem do precyzyjnie pociętych rockowych sampli sprawiło, że duet Brown & White stworzył zestaw piosenek niewątpliwie znajdujących się w rapowej orbicie, choć również idących nieco pod prąd wobec oczekiwań większości słuchaczy. Spośród utworów wyprodukowanych przez Brytyjczyka zdecydowanie najjaśniejszymi i najbardziej charakterystycznymi momentami są „Ain’t It Funny” oraz „Dance in the Water”, które z powodzeniem mogłyby służyć jako ścieżka dźwiękowa do trwającej kilka dób imprezy napędzanej przez MDMA oraz inne substancje psychotropowe. Równie doskonale wypada singlowe „When It Rain” łączące hip-hopowy bit z mroczą, trzymającą w napięciu elektroniką, dzięki czemu nawiązuje do klimatów znanych z wydanego przed trzema laty „Old”.

To chyba nie przypadek, że najbardziej zbliżone do współczesnej rapowej stylistyki numery wyszły spod ręki innych producentów. Np. za świetne „Really Doe” z gościnnym udziałem Kendricka Lamara, Ab-Soula oraz Earla Sweatshirta odpowiada niezawodny Black Milk. Z kolei „White Lines” i „Pneumonia” to już robota odpowiednio Alchemista oraz Eviana Christa. Bez względu na to kto stworzył dany podkład, Brown radzi sobie doskonale na każdym z nich, a jego nowy album to najlepszy dowód na to jak wymierne efekty może mieć dalsze zacieranie granic między rapem a innymi gatunkami muzycznymi. Kreatywność, ambicja i mądre czerpanie ze swoich inspiracji sprawiły, że pochodzący z Detroit artysta zrobił płytę do szpiku kości hip-hopową, a przy tym skutecznie uciekającą od typowych dla tego gatunku skojarzeń. 5+/6

reklama

Plain text

  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>