18 maja niespecjalnie różnił się dla mnie od innych majowych dni - zbliżające się widmo sesji, przyzwoita pogoda za otwartym oknem, świeże poranne powietrze w syfie, pod którym ukrywa się mój pokój itp. Wyszedłem rano i cały dzień spędziłem w błogiej nieświadomości, bo najzwyczajniej w Świecie zapomniałem o tym, że to dzień premiery "Revolutions Per Minute" Reflection Eternal i "Distant Relatives" Nasa i Damiana Marleya.
Powiedzmy sobie szczerze... Czekałem na te albumy. Czekam na wiele albumów. Czasami czekam na kilkadziesiąt jednocześnie. Pracuję pisząc o muzyce, śledzę ją, codziennie w głośnikach przewija się jej mnóstwo, czasami tak skrajnie różnej, że artyści ją tworzący mieliby pretensję, że puszczam ją obok siebie. Co za tym idzie waga takich wydarzeń jak premiera albumu sukcesywnie się zmniejsza.
To już nie czasy, kiedy częstotliwość występowania muzyki Nasa czy Kweliego w moich słuchawkach była patologicznie wysoka... I wiecie co? 18 maja to zmienił.