C-Bo "The Mobfather 2" - recenzja

kategorie: Hip-Hop/Rap, Recenzje
dodano: 2015-11-17 17:00 przez: Paweł Miedzielec (komentarze: 1)

O tym, jak ciężko nagrać follow-up klasycznego krążka przekonał się już niejeden raper - mimo to, niektórzy nadal podejmują rozpaczliwe próby, z mniejszym bądź większym szczęściem. Najnowszym graczem decydującym się stawić czoła temu wyzwaniu został C-Bo, który po bardzo dobrze przyjętym przed trzema laty albumie "Orca", powrócił do nas z nowym materiałem. "The Mobfather 2" to kontynuacja jednej z najlepszych płyt, jakie Kalifornia wydała na świat w pierwszej dekadzie XXI wieku - jak wypada w zestawieniu z pierwowzorem?

Przyznam, że całkiem nieźle. Powiem więcej - na chwilę obecną "The Mobfather 2" wydaje mi się jednym z najlepszych krążków, które ukazały się w tym roku na rynku. Widać, że "Orca" to nie był przypadek i po paru słabszych wydawnictwach ("Cali Connection" czy "I Am Gangsta Rap") "The Bald Head Nut" ponownie powrócił do wysokiej formy sprzed lat. Co oferuje słuchaczom na swojej najnowszej produkcji weteran z Sac Town?

W sumie to, z czego słynął od lat - twarde, bezkompromisowe teksty, które nie raz przysporzyły mu kłopotów w życiu personalnym i autentyczne historie korespondujące pomiędzy ulicą, klubami oraz realiami przemysłu muzycznego. Płyta jest bardzo zróżnicowana zarówno pod względem lirycznym jak i muzycznym, więc każdy może znaleźć na niej coś dla siebie - od ciężkich gangsta rap'owych tekstów, z których raper był znany już w czasach "Gas Chamber", aż po introspektywne opisy własnych przeżyć. Pomimo tego, iż album nie posiada jednego dominującego klimatu, kawałki przenikają się dosyć płynnie nie gryząc się ze sobą. I tak ze ściskającego za serce "Cry At My Funeral" możemy przeskoczyć w mocno klubowe "Real Nigga", by za chwilę zamknąć oczy i odpłynąć w naszym wyimaginowanym 6'4 Chevy Impala przy dźwiękach laidback'owego "Roll On". Fani brzmienia rodem z obecnego mainstreamu powinni być usatysfakcjonowani utworami w stylu "I Got It" czy "Dope Spot", zaś miłośnicy klasycznego west coast'u z pewnością upodobają sobie takie numery jak singlowe "No Warning Shots" lub chociażby "Who Gone Save Ya".

Podobnie jak oryginał, także i drugi "Mobfather" wypełniony jest sporą ilością często tych samych gości, którzy dołożyli swoją cegiełkę przy powstaniu materiału, przyczyniając się do pozytywnego odbioru finalnego produktu. Killa Tay pokazuje na każdym nagraniu jak to jest trzymać równy poziom za mikrofonem od czasów premiery "Mr. Mafioso", Tha Realest sądząc po tym jak brzmi na "My Head Off", zmienił swoje flow prawie o 180 stopni, ograniczając przy tym naśladowanie Tupac'a Shakur'a do minimum, Mc Eiht daje kolejny dowód na to, że leniwe, pełne chillout'u bity są wręcz stworzone pod jego nawijkę, natomiast Ś.p. Hussein Fatal udowodnił w "Fuck With Ya", dlaczego od zawsze był uznawany za najlepszego z Outlawz.

Jedyne do czego mogę się przyczepić, jeśli chodzi o ten album to numery "John Doe" oraz "Strap", które mi w ogóle nie podeszły - ani przy pierwszym, ani przy każdym kolejnym odsłuchu. Szczególnie mocno rozczarował mnie "John Doe", który na papierze zwiastował spory potencjał (Tech N9ne!) na konkretny bangier i jeden z highlight'ów krążka, a w rzeczywistości nie spełnił nawet ułamka pokładanych w nim przeze mnie nadziei... poza tym, naprawdę nie ma się do czego przyczepić - ładna poligrafia, porządny mastering, materiał nagrany naprawdę profesjonalnie i wydany własnym sumptem z dbałością o szczegóły.

"The Mobfather 2" nie jest może jakimś wiekopomnym dziełem, ani materiałem przełomowym, ale pokazuje dobitnie kurs jaki powinni sobie wyznaczać wszyscy kalifornijscy weterani przy swoich kolejnych produkcjach. Umiejętne balansowanie na granicy korzennego brzmienia zachodniego wybrzeża z dodatkiem popularnych obecnie trapowych klimatów i poruszanie się po najróżniejszych topikach, nie tracąc przy tym swojego street cred'u, przynoszącego dalej szacunek kumpli z branży oraz hardcorowych fanów, a wszystko to spakowane razem w niezależne wydawnictwo, niepodlegające cenzurze i nieuwiązane na smyczy żadnego A&R czy innego executive z wielkiego majorsa - oto recepta na sukces dla każdego O.G. z Cali. Czwórka.

 

ZZZ

Przeciętna płyta, choć i tak patrząc na kilku innych weteranów nie jest jakoś źle. Brakuje tu jednego wyróżniającego się kawałka, tak jak to było na "Orce", gdzie był numer "Getting To The Money" nawiązujący brzmieniem do starszych płyt C-Bo. Tego albo brakuje, albo jak już jest, to w minimalnych ilościach, niestety.

Plain text

  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>