Myślę, że Piotr Weltrowski, autor bloga Są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom, określił to najlepiej: "To jest ten dzień, o którym wszyscy myśleli, że nigdy nie nastąpi".
Lemmy Kilmister, tytan i niekwestionowany symbol rock'n'rolla - odszedł w wieku 70 lat. Zaledwie dwa dni przed śmiercią, 26 grudnia, zdiagnozowano u niego wyjątkowo agresywny nowotwór.
Lemmy nie był gwiazdą rocka. On BYŁ rockiem. Kwintesencją i personifikacją rockowego lifestyle'u. Kimś, kto na własne oczy widział początek i kolejne "ery" tej muzyki. Grał z najlepszymi - był technicznym The Jimi Hendrix Experience, na początku lat 70. był członkiem legendarnego space-rockowego zespołu Hawkwind. Współpracował z niezliczoną ilością muzyków, od Ramonesów, Dave'a Grohla, Metallikę, poprzez Janet Jackson, po Slasha. W 1975 roku wraz z Larrym Wallisem i Lucasem Foksem sformował hardrockowego behemota - Motörhead.