Piątego listopada trzydzieści centymetrów pod chodnikami, w warszawskim Urban Garden,
odbyła się IX edycja WBW Beatbox Battle. W jednym miejscu zebrała się grubo ponad setka osób, z czego dużą część stanowili zajawkowicze, których pasją jest generowanie dźwięków za pomocą aparatu gębowego.
Kiedy realia są brutalne jak zła pogoda, a społeczeństwo większa aprobatą darzy raczej plucie w twarz aniżeli plucie twarzą,
WBW ostało się jednym z nielicznych dni w roku, kiedy na każdym rogu stoi paru typa z całej Polski i beztrosko pyka ustami.
Zabawa na poważnie zaczęła się kilka minut po siedemnastej.
Jury w składzie: Pejot i Bee Low (Dharni był tak zaaferowany "Must Be The Music", że się chłopaczyna spóźnił)
musiało wysłuchać z okładem sześćdziesięciu uczestników. Generalnie rywalizacja stała na całkiem przyzwoitym poziomie. Brakowało w tym jednak jakiegoś błysku, czegoś świeżego. Niemiecki sędzia słusznie zauważył, że oto jesteśmy świadkami fajnego dubstepowego koncertu. Monotonia momentami aż przytłaczała.
Nieco ciekawiej zrobiło się w dalszej rozgrywce, co jest zasługą między innymi... mikrofonów. Otóż
po raz pierwszy w historii organizatorzy postarali się o to, żeby
obaj przeciwnicy mieli po swoim majku, przez co znacząco wzrosła dynamika. W 1/8 finału
bardzo pozytywną walkę stoczyli chociażby weteran Sot i żółtodziób Otezet, których i poza sceną można było przyłapać na wspólnych gadkach.
Na swój sposób wyróżnili się również Smefju, Grajek i wyjątkowo ekspresywny Pozdro. Wszyscy trzej odpadli.
Im głębiej w las, tym mniej muchomorków, a więcej smakowitych kąsków.
W ? lepszymi myśliwymi od Sota, Myca, Malkav Branch i mającego wyjątkowo uroczą fankę
Mentozza okazali się Cracq, Hajduk, Hard Maniac i Majkel. Dogrywki były jednak na późno popołudniowym porządku.
Półfinały podniosły poprzeczkę jeszcze wyżej. Cracq i Hajduk przegrali swoje pojedynki nawet nie tyle przez zbytnią rzemieślniczość, co raczej
ze względu na świetną formę i Hard Maniaca, i Majkela.Ci w finale stoczyli kozacki battle w konwencji: cios za cios. Co wydawało się, że na jednego nie będzie mocnych, już drugi odpowiadał jeszcze lepiej.
Ostatecznie triumfował Hard Maniac, specjalizujący się w gatunku hard style. Jak złośliwie zauważył jego konkurent, styl twardy jak jego włosy na żel.
I tak to wyglądało. Tik Tak ze swoją perfekcyjną angielszczyzną sprawdził się w roli prowadzącego, organizacyjnie przebiegło bez większych zgrzytów (szkoda tylko, że w 20-minutowych przerwach między kolejnymi etapami nie zapewniono więcej atrakcji w stylu show Wiesława Iwasyszyna).
Dużo zajawki, zero spinek. Fajne było też to, że po zakończeniu Dharni stanął w kółku przed klubem z kilkoma uczestnikami i zrobił z nimi wspólny jam. Okazało się, że i "Sutrę" można wybeatboxować.
PS. To nie wszystko, co dla was mamy - na dniach spodziewajcie się również specjalnych wywiadów.